10 lutego 1940 roku  -  na Sybir

Wspomnienia Pani Zofii Zaremby


Smutną, wieloletnią tradycją naszego domu jest zapalenie świecy każdego 10 lutego. W ten sposób chcemy upamiętnić tych z rodziny, którzy nie wytrzymali trudów i pozostali na wieki w zmrożonej ziemi Północnej Rosji. A było ich wielu. Moja jedyna siostra Krysia miała półtora roku gdy zmarła, potem zmarł dziadek Franciszek, babcia Anna i dwie siostry ojca.A wszystko zaczęło się w środku pewnej mroźnej lutowej nocy 1940 roku.

Mieszkałam z rodzicami w domu mojej mamy odziedziczonym po ojcu Franciszku Przyboś w miejscowości Sienkiewiczówka koło Tarnopola. Byliśmy szczęśliwi, że tata Józef Hazik, mimo dokuczliwych ran wojennych był z nami, wrócił  żywy z kampanii wrześniowej 1939 roku.

W środku nocy 10 lutego 1940 roku obudziło nas szczekanie psów i łomot do drzwi i okien. Do domu wpadli enkawudziści, kazali zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i załadować się na podstawione sanie. Niewiele się na nie zmieściło, ale też nie wiedzieliśmy co należy zabrać.

Wszystkie rodziny zostały zgromadzone w miejscowej szkole i pilnowane pod strażą NKWD. Późnym wieczorem musieliśmy znów siadać na sanie i pod nadzorem NKWD dojechaliśmy do stacji kolejowej w Głuboczku Wielkim.Załadowano nas do wagonów towarowych po około 30 osób do każdego. W każdym wagonie na środku stał żelazny piecyk z kominem do dachu. W podłodze była dziura pełniąca rolę toalety. Jechaliśmy 13 dni i nocy przy zaryglowanych  drzwiach i okratowanym małym oknie. Z zimna i głodu niektórzy po drodze zmarli.  Ich ciała zostawiano na najbliższej stacji.

Wyjść z wagonu mogliśmy dopiero na stacji końcowej Muraszi w Republice Komi na północy Związku Radzieckiego. Tam załadowano nas do ciężarowych samochodów krytych brezentową plandeką i wieziono dalsze 11 godzin w głąb tajgi. 

Dojechaliśmy w końcu do wsi Łowla. Tutaj każdy dostał kubek kipiatoku (ciepłej wody). Z Łowli do miejsca zesłania nie było drogi dla samochodów. Załadowano nas na sanie i jechaliśmy kilka godzin aż do miejsca zwanego Gobszor (do dziś nie wiem dokładnie jak daleko i gdzie nas zawieziono). To nie była nawet wieś tylko obóz w głębi tajgi. Tu rozlokowano nas do obskurnych zimnych baraków. Po kilka rodzin do jednego pokoju.

Mój ojciec rozpoczął ciężką i niebezpieczną pracę jako robotnik leśny (lesorób). Za pracę otrzymywał symboliczne wynagrodzenie, które nie wystarczało nawet na wyżywienie, stąd ciągle wszyscy byli głodni. Pracujący w lesie posługiwali się wyłącznie bardzo prymitywnymi narzędziami. Z wypłaty potrącali mu jeszcze na „utrzymanie NKWD”!  Wkoło był las i w pobliżu nie było nawet pojedynczego domu.Latem zbieraliśmy jagody i grzyby a mama gotowała z nich zupę. Przymierający głodem zesłańcy zjedli wszystko co tylko nadawało się do zjedzenia. Dobrze było jak był szczaw i jagody. Ale zimą pozostawały tylko korzonki drzew!

Nie mieliśmy żadnej opieki lekarskiej, brakowało ciepłych ubrań i w zasadzie wszystkiego co było niezbędne do przeżycia w tych koszmarnych warunkach.

Mama karmiła piersią moją siostrę, ale to nie wystarczyło tej małej istotce i zmarła. Krótko potem umarł dziadek. Pogrzebami zajmowała się mama. Ale i ona sama chorowała z głodu i ledwo co przeżyła. Tata prawie cały czas był w lesie, zwykle przychodził raz na dwa tygodnie. Aby żyć i utrzymać przy życiu rodzinę musiał z innymi zesłańcami prowadzić wyrąb lasu, wiosną spławiać drwa rzekami. Budowali też nowe baraki dla przyszłych zesłańców w Sawiczu. Prawdopodobnie był to też leśny obóz. O pogrzebie siostry i dziadka dowiedział się dopiero po kilku tygodniach.

Na szczęście nasz pobyt w tym miejscu Rosji na zesłaniu niespodziewanie się skrócił, bo z pewnością większość z nas kolejnej zimy by nie przeżyła. Skrajnie wychudzeni, wycieńczeni i schorowani w wyniku porozumienia latem 1941 roku generała Sikorskiego z Moskwą z czasem mogliśmy opuścić to przeklęte miejsce. Tata udał się do Armii Polskiej generała Andersa. Potem mama ze mną idąc jego śladami przez Kazachstan i Persję (obecnie Iran) dotarła do Afryki. Dzięki brytyjskiej pomocy zamieszkaliśmy w południowej części Afryki w Brytyjskiej kolonii Kidugala w pobliżu jeziora Malawi. Dopiero po zakończeniu wojny w 1947 roku spotkaliśmy się całą rodziną w Polsce Na szczęście nasz pobyt w tym miejscu Rosji na zesłaniu niespodziewanie się skrócił, bo z pewnością większość z nas kolejnej zimy by nie przeżyła. Skrajnie wychudzeni, wycieńczeni i schorowani w wyniku porozumienia latem 1941 roku generała Sikorskiego z Moskwą z czasem mogliśmy opuścić to przeklęte miejsce. Tata udał się do Armii Polskiej generała Andersa. Potem mama ze mną idąc jego śladami przez Kazachstan i Persję (obecnie Iran) dotarła do Afryki. Dzięki brytyjskiej pomocy zamieszkaliśmy w południowej części Afryki w Brytyjskiej kolonii Kidugala w pobliżu jeziora Malawi. Dopiero po zakończeniu wojny w 1947 roku spotkaliśmy się całą rodziną w Polsce.

powrót